Współczesne Stany utrzymują się w stanie strukturalnego rozdwojenia. Makroekonomiczne dane coraz wyraźniej wskazują, iż mamy obecnie do czynienia z istnieniem dwóch, niezależnych od siebie gospodarek, funkcjonujących równolegle w ramach jednego systemu ekonomicznego. Podczas gdy nierówności finansowe rosną, a warunki życiowe przeciętnych Amerykanów drastycznie spadają, rynki kapitałowe odnotowują rekordowe zyski i cieszą się bezprecedensowym napływem kapitału. Obecny szał inwestycyjny i pozornie deliryczny poziom zwrotów, niezważający na zewnętrzne uwarunkowania, nie stanowi jednak jednorazowej anomalii; jest to raczej najdobitniejszy obraz nowej, podzielonej Ameryki.
Autorka: Małgorzata Korecka
Pomimo coraz bardziej chaotycznych wiadomości docierających zza oceanu, amerykańska gospodarka zdaje się doskonale prosperować. Wskaźniki mówiące o ekonomicznej kondycji kraju — zachowania rynków kapitałowych, poziom inflacji czy wzrost PKB — prezentują wszak dość optymistyczny obraz sytuacji.
Jednak uważniejsze spojrzenie szybko podważyć może równie pozytywną narrację. Coraz więcej danych wskazuje na to, iż sytuacja pozostaje znacznie bardziej złożona. Podczas gdy wyniki na amerykańskich rynkach kapitałowych czy stopa wzrostu PKB są bez wątpienia imponujące, ekonomiczna sytuacja większości Amerykanów od lat już zdaje się coraz wyraźniej pogarszać. Pozytywny obraz sytuacji, jaki przedstawiają makroekonomiczne wskaźniki, niekoniecznie koresponduje z rzeczywistością, w której żyją setki milionów obywateli USA. Skala obecnych wzrostów na rynkach, utrzymujących się mimo niezliczonej ilości sygnałów o coraz wyraźniejszych problemach amerykańskiej gospodarki, skłaniać zaczęła ekonomistów do szerzenia ostrzeżeń o bańce, w jakiej mielibyśmy się obecnie znajdować. Choć nie da się pozostać ślepym na spekulatywny pierwiastek obecnej hossy rynkowej, ma ona jednak również inne, ważniejsze wytłumaczenie.
Ameryka 2025 roku jest bowiem w stanie strukturalnego rozdwojenia. Skala rozdźwięku między ekonomiczną sytuacją amerykańskich elit a resztą społeczeństwa sprawiła, iż nie można mówić już jedynie o wzroście finansowych nierówności czy spadku stopy życiowej klasy średniej. Mamy raczej do czynienia z istnieniem dwóch, niezależnych od siebie gospodarek, funkcjonujących równolegle w ramach jednego systemu ekonomicznego.
Najdobitniejszym — choć nie jedynym — dowodem na poparcie takiej tezy są właśnie rynki kapitałowe. Mimo rekordowo wysokich poziomów, na jakich utrzymują się tamtejsze indeksy giełdowe czy ewaluacje rynkowe pojedynczych spółek, sytuacja makroekonomiczna niekoniecznie uzasadnia aż tak optymistyczne wyniki. Ostatni rok obfitował w szereg politycznych zawirowań, negatywnych danych ekonomicznych, kontrowersyjnych ogłoszeń i kwestionowalnych decyzji o kluczowym znaczeniu, lecz znikomym wpływie na zachowanie giełdy. Ów brak reakcji rynków na falę negatywnych wiadomości pozostaje zaś coraz trudniejszy do uzasadnienia. Tradycyjna i logiczna korelacja, jaka historycznie występowała między kondycją szerszej gospodarki a zachowaniem giełdy, jest obecnie w znacznym stopniu ograniczona.
Podczas gdy giełdowe indeksy w Ameryce oferują bezprecedensowe zwroty, polityczne turbulencje — wojny, taryfy i kontrowersyjna legislacja — odbijają się bez wątpienia na zwykłych Amerykanach. Sytuacja amerykańskiej klasy średniej, pogarszająca się progresywnie od dekad, od kilkudziesięciu lat nie była równie zła, co obecnie. Wyzwania strukturalne, takie jak postępująca monopolizacja rynków, rosnące nierówności finansowe czy dezintegracja siatki zabezpieczeń socjalnych, zaognione zostały przez bieżące problemy ekonomiczne.
Dla dużej części społeczeństwa płace nie nadążyły bowiem za wysoką inflacją, a wyczerpanie się stymulujących gospodarkę czeków wydawanych przez administrację Bidena pozbawiło Amerykanów amortyzacji przed obecnymi turbulencjami gospodarczymi. Jednocześnie pogorszenie się sytuacji makroekonomicznej, przejawiające się w znikomej ilości nowych miejsc pracy, przewidywanym wzroście cen w rezultacie nowych taryf czy rosnących wskaźnikach niewypłacalności, czyni finansowanie nawet najbardziej podstawowych potrzeb coraz większym wyzwaniem.
Finansowe trudności Amerykanów znajdują odbicie w konkretnych wskaźnikach makroekonomicznych. Michigan Index, mierzący nastroje konsumenckie w USA, spadł ze szczytów z 2020 roku — gdy utrzymywał się na poziomie 101 punktów — w okolice 55, wskazując na wyraźne pogorszenie sposobu, w jaki mieszkańcy Ameryki postrzegają stan finansów kraju. Ów pesymizm wiąże się z realnymi problemami finansowymi obywateli USA. Obecny wskaźnik zaległości w spłacie kredytów subprime w USA jest obecnie na najwyższym poziomie od lat 90, i nie widać, jak Amerykanie zarobić mieliby pieniądze niezbędne, by ową sytuację zmienić. Zgodnie z danymi BLS (Bureau of Labor Statistics), w sierpniu 2025 roku powstało jedynie 22 tysiące nowych miejsc pracy — znikoma liczba dla państwa mającego niemal czterysta milionów obywateli.
Co więcej, zrewidowano również w dół o szokujące dziewięćset tysięcy liczbę miejsc pracy powstałych w okresie marzec 2024-2025, wskazując na rosnącą, długofalową słabość amerykańskiego rynku zatrudnienia. Według danych Fortune, 58% studentów, którzy zakończyli swoją edukację w ciągu ostatniego roku, wciąż szukają pracy. Amerykanie pozbawieni zostali perspektyw w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji ekonomicznej: inny raport BLS dowiódł bowiem, iż od 2021 roku średni wzrost płac nie przegonił odnotowanej w tym okresie inflacji (CPI) , lecz nawet nie był jej w stanie przynajmniej dorównać. Podczas gdy w tym okresie CPI wyniosło 22.7%, wynagrodzenia urosły jedynie o 21.8%, przekładając się na realny spadek pensji o 0.9%.
Amerykańska klasa średnia mierzy się więc z egzystencjalnymi problemami. A jednak zyski na Wall Street nieustannie rosną, napędzane falą inwestycji w sztuczną inteligencję i parabolicznym wzrostem rynkowej ewaluacji największych technologicznych spółek. Owa ślepota rynków sprawiła, iż od miesięcy co drugi nagłówek w prestiżowej prasie biznesowej zdaje się grzmieć o bańce AI, a o podobnym ryzyku wypowiadał się ostatnio Jeff Bezos, Sam Altman czy Mark Zuckerberg.
Co więcej, obawy o brak rynkowych fundamentów obecnej hossy popierać się zdają również dane ekonomiczne. Według ekonomisty z Harvarda, Jasona Furmana, wyłączywszy inwestycje w sektor technologiczny, wzrost PKB zarejestrowany przez USA w pierwszej połowie 2025 wynosiłby jedynie 0.1%. Oznaczałoby to, iż branża AI odpowiedzialna jest dzisiaj za szokujące 92% wzrostu produktu krajowego. Szacunki te drastycznie zmieniają obraz bieżącej sytuacji; w takim scenariuszu bowiem realna gospodarka — niepowiązana z działalnością Doliny Krzemowej — przez pierwsze pół roku pozostawała na granicy stagnacji.
Stopień, w którym inwestycje technologiczne zmienić były w stanie wydźwięk danych ekonomicznych, nie jest jednak specjalnie szokujący. Skala zysków, jakie osiągnęto na przestrzeni ostatnich trzech lat, jest bowiem prawdziwie astronomiczna. Od 1 stycznia 2023 roku cena akcji Nvidii — ulubieńca inwestorów i symbol szału na AI — poszła do góry o szokujące tysiąc procent (konkretniej zaś, na stan z 12 grudnia, ponad 1117%). W tym samym okresie jeszcze bardziej wzrósł jednak na przykład Palantir, który poszybował o szokujące 2833.4%. Bardziej dojrzałe firmy, takie jak Meta czy Microsoft, urosły zaś o odpowiednio 402i 115%. Indeks giełdowy S&P500, będący agregatem 500 amerykańskich spółek o największej kapitalizacji rynkowej, w tym okresie poszło do góry o 80%. Od najniższych poziomów w kwietniu z kolei S&P500 wzrósł o 38.5%, Goldman Sachs o 89%, Palantir o 153.2%, Robinhood o 257.6%, a Nvidia — o 77.8%. Nasdaq100, grupujący najważniejsze technologiczne spółki, urósł zaś o ponad 54%.
Tak zawrotny poziom zwrotów wyraz ma w statystykach. The Buffett Indicator, będący wskaźnikiem mierzącym wartość PKB USA vs. kapitalizacji rynkowej amerykańskiej giełdy, osiągnął ostatnio rekordowy poziom ponad 225%. Oznacza to, iż wartość spółek giełdowych dwukrotnie większa jest od wartości całej gospodarki Stanów Zjednoczonych. Według wyliczeń opublikowanych przez Morgan Stanley, za trzy czwarte całkowitych zysków rynkowych, 80% wzrostu zysków i aż 90% wzrostu wydatków kapitałowych firm w S&P 500 odpowiedzialne są największe firmy technologiczne.
Jednak mimo powtarzanych od miesięcy ostrzeżeń o bańce finansowej, załamania na giełdzie wciąż nie było. Krótkotrwałe spadki, jakie odnotowano w kwietniu, posłużyły jedynie jako trampolina dla jeszcze bardziej spektakularnego odbicia w górę notowań amerykańskich spółek. Każda kolejna informacja o miliardach zainwestowanych w AI, o jednodniowych wzrostach akcji o 15, 20 czy 30%, każdy kolejny rekordowy szczyt amerykańskich indeksów, prowadzi jedynie do natężenia głosów o nieuniknioności załamania na rynkach. A mimo to notowania wciąż rosną, i nie sposób przewidzieć, czy w najbliższej przyszłości przestaną.
Czy można więc założyć, że wszyscy się mylą? Że instrumenty finansowe wcale nie są wycenione znacznie powyżej swojej wartości, że Amerykanom wciąż żyje się dobrze, że sytuacja polityczna i ekonomiczna nie podważa zaufania do rynków, a miliardy wydane na AI, które póki co nie znalazły odbicia na kwartalnych wynikach finansowych firm, wreszcie zaczną się zwracać? Co potencjalnie tłumaczyć mogłoby podobne zaślepienie? Jak to możliwe, że wszystkim żyje się coraz gorzej, wskaźniki makroekonomiczne przedstawiają coraz bardziej negatywny obraz sytuacji, a notowania wciąż idą w górę?
Deliryczny poziom zysków i inwestycji na rynkach niekoniecznie musi jednak być przejawem nieracjonalnego entuzjazmu inwestycyjnego czy fali finansowej spekulacji. Obecna sytuacja, raczej niż ekonomiczną anomalią, jest raczej logicznym przejawem fundamentalnej dysfunkcji współczesnej gospodarki amerykańskiej. Skala finansowego rozwarstwienia wewnątrz społeczeństwa USA, połączona ze umocnieniem pozycji wielkich korporacji, parabolicznym wzrostem bogactwa finansowej elity i strukturalnym podważeniem pozycji klasy średniej doprowadziła bowiem finalnie do sytuacji, w której mówić można już o równoległym funkcjonowaniu w ramach jednej gospodarki dwóch, niemających ze sobą już wiele wspólnego systemów finansowych.
Mówiąc o gospodarce danego państwa, w teorii mówimy bowiem o złożonym, zintegrowanym systemie makroekonomicznym, obejmującym krajową konsumpcję, funkcjonowanie rynków kapitałowych, wymianę handlową czy wskaźniki aktywności przemysłowej. Wszystkie czynniki te wzajemnie na siebie oddziałują, tworząc jeden, kompleksowy ekosystem; i podobnie jak w prawdziwych ekosystemach, wszystko jest w nierozerwalny sposób połączone, wzajemnie się przenikając i formując.
W USA jednak sytuacja od dekad odbiega tego założenia. Coraz wyraźniej widać, iż rzeczywistość najbogatszych obywateli kraju, obejmująca też amerykańskie rynki finansowe i gros aktywności gospodarczej, nie jest tą samą, w jakiej żyje 90% społeczeństwa. Co więcej, stopniowo zmniejsza się stopień, w którym oba te światy wzajemnie oddziałują na siebie. Skompromitowana została idea ekonomii skapywania; bogactwo, w jakim pławią się najbogatsi Amerykanie, nie przekłada się już nijak na poziom dobrobytu zwykłych obywateli.
Druga połowa XX wieku stanowiła złoty wiek dla amerykańskiej klasy średniej. Reformy rozpoczęte przez w latach 30. przez Roosevelta, w połączeniu z powojennym boomem przemysłowym, uczyniły z idei amerykańskiego snu rzeczywistość przeważającej większości obywateli. Zwykli Amerykanie po raz pierwszy w równie dużym stopniu uczestniczyć zaczęli w gospodarczym życiu kraju, a klasa średnia stała się znacznie liczniejsza i znacznie potężniejsza, stając się fundamentem gospodarki i wywierając bezprecedensowy wpływ na polityczną i ekonomiczną sytuację państwa. Wszystko to pociągało za sobą z kolei wyraźną korelację między finansową kondycją Amerykanów a szerszą sytuacją makroekonomiczną i, co za tym idzie, kondycją rynków finansowych. Długofalowy dobrobyt mas stał się swego rodzaju imperatywem, nowym statusem quo i fundamentem ekonomicznego dobrobytu kraju.
Na przestrzeni ostatnich kilku dekad sytuacja jednak zmieniła się diametralnie. W tym okresie miała miejsce epokowa transformacja, której większość ludzi nie odnotowała — bądź nie chce odnotować. Zgodnie z danymi Rezerwy Federalnej, najbogatsze 1% Amerykanów jest dzisiaj w posiadaniu 31% narodowego bogactwa; top 10% posiada go zaś 67.4%. Najbiedniejsze 50% Amerykanów, będące wszak połową społeczeństwa, odpowiedzialne jest za marne 2.5% — odsetek, który uznać można za błąd zaokrąglenia. Według danych Moody’s Analytics, jednej z czołowych agencji ratingowych, top 10% najbogatszych obywateli odpowiedzialne jest aż za 50% krajowej konsumpcji. Ekonomiczne znaczenie amerykańskiej klasy średniej, to jest osób zarabiających od dwóch trzecich do dwukrotności mediany dochodu gospodarstwa domowego, drastycznie zmalało: przeciętni Amerykanie zmarginalizowani zostali w ich własnym kraju.
Zmiana ta widoczna jest również na rynkach finansowych. Według danych Rezerwy Federalnej, najbogatsze 10% Amerykanów jest w posiadaniu aż 93% amerykańskich akcji. Oznacza to, iż bezprecedensowe zyski, jakie w ostatnich latach odnotowywała giełda USA, pozostawały w swego rodzaju obiegu zamkniętym, trafiając z powrotem do najbogatszych obywateli i nie przyczyniając się w znacznym stopniu do poprawy kolektywnego dobrobytu. Kolosalne zwroty na rynkach finansowych napędzane były przez masowe inwestycje elit, ekonomicznie odseparowanych od reszty społeczeństwa, a wysokie dochody związane z aprecjacją wartości aktywów uczyniły bogatych jeszcze bogatszymi. Korzyści, jakie odnotowywała z hossy rynkowej reszta społeczeństwa, pozostały marginalne.
W tym samym czasie znacznie zmieniła się też struktura samych rynków. W porównaniu z latami 90., liczba publicznie notowanych firm — takich, w które zainwestować może dowolna osoba — spadła o około połowę. Z mniej więcej ośmiu tysięcy spółek, które publicznie notowane były na amerykańskiej giełdzie trzydzieści lat temu, w rezultacie bankructw, fuzji, przejęć i ekspansji private equity, pozostało dziś jedynie cztery tysiące. Jednocześnie rynkowe molochy i fundusze inwestycyjne podjęły się w tym okresie masowego wykupywania drobnych przedsiębiorstw, biznesów i nieruchomości, zwiększając swoją pozycję rynkową i pogarszając nawet na najniższych poziomach zjawisko postępującej monopolizacji amerykańskiej gospodarki. Doprowadziło to do powstania dość osobliwej sytuacji, w której rynek i gospodarka opierać się zaczęła na najbogatszych aktorach finansowych i ograniczonej liczbie rynkowych lewiatanów.
Zjawisko to widoczne jest w strukturze tamtejszej giełdy. Wzrost znaczenia Doliny Krzemowej i późniejszy boom na AI doprowadziły bowiem do przejęcia znacznej części rynku przez firmy technologiczne. Obecnie zaledwie dziesięć największych spółek będących częścią S&P 500 — agregatu obejmującego pięćset najlepiej wycenianych przedsiębiorstw amerykańskich — odpowiedzialne jest za niemal 40% kapitalizacji indeksu.
Co więcej, przedsiębiorstwa te uznać można za dość specyficzne z uwagi na strukturę ich dochodów. W przeciwieństwie do sprzedawców detalicznych, firm budowlanych, producentów żywności czy restauracyjnych konglomeratów, poziom zysków spółek technologicznych pod wieloma względami niezależny jest od poziomu krajowej konsumpcji czy sytuacji finansowej przeciętnego Amerykanina.
Przykładowo, głównym klientem Palantira pozostaje rząd USA. Potencjalna recesja mogłaby ograniczyć kontrakty, lecz spółka jest znacznie odporniejsza niż detaliczni gracze typu Walmart, UPS czy Airbnb. Nvidia sprzedaje chipy głównie dużym firmom oraz za granicę, więc spadek aktywności gospodarczej ograniczy popyt, ale w mniejszej skali. Meta, opierająca przychody na reklamie i danych, oraz Amazon z usługami chmurowymi, również pozostają w istotnym stopniu odseparowane od koniunktury krajowej.
Tworzy to zamknięty obieg pieniądza, w którym gros zysków największych amerykańskich korporacji opiera się na biznesie prowadzonym z multimilardowymi klientami i w nie jest inwestowany. W przeciwieństwie do dróg i kolei, które zatrudniały amerykańskich pracowników i prowadziły do rozwoju ośrodków miejskich, bądź zatrudniających tysiące Amerykanów firm przemysłowych, technologiczny boom przekłada się na maksymalizację zysków wielkich korporacji raczej niż pojedynczych obywateli. Ich znaczenie i rozmiar sprawiają zaś, że są one w stanie ciągnąć do góry rynki znacznie dłużej, niż miałoby to miejsce w normalnych warunkach.
Wszystko to przekłada się na występowanie w USA zjawiska bezprecedensowego w gospodarkach rozwiniętych, jakim jest funkcjonowanie dwóch, niezależnych od siebie systemów finansowych. Podczas gdy ekonomiczni zwycięzcy czerpać mogą trudne do wyobrażenia zyski z prosperity kraju, reszta społeczeństwa odseparowana jest od aktywności ekonomicznej kuriozalnie bogacącej się elity i pozbawiona jest wpływu na kondycję rynków. Utrzymywanie stabilnej, przychylnej wszystkim uczestnikom rynku sytuacji makroekonomicznej przestało być warunkiem sine qua non dla czerpania zysków z giełdy i ciągłego zwiększania własnej fortuny.
Rola przeciętnych Amerykanów w ekonomicznym życiu kraju od dekad była stopniowo, lecz notorycznie podważana; najdobitniejsze skutki tego procesu obserwować możemy zaś obecnie. W przeszłości zatrudnienie w dużej korporacji oferowała stabilność zatrudnienia, godne płace i prosperity całej okolicy. Owoce tej pracy — takie jak nowe drogi, coraz lepsze towary przemysłowe, tory kolejowe czy wydajniejsze samochody — nie tylko stanowiły namacalny dowód wartości ich wysiłków, lecz również aktywnie przyczyniły się do wzrostu kolektywnego dobrobytu poprzez poprawę komunikacji w kraju, rozwój urbanizacji czy ogólne polepszenie jakości życia. To właśnie na przeciętnych obywatelach opierały się również w wielu przypadkach modele biznesowe najważniejszych amerykańskich korporacji.
Dominujące dzisiaj na giełdzie firmy technologiczne funkcjonują jednak w ramach zamkniętego ekosystemu. Inwestowane w nie pieniądze pochodzą z kieszeni bezprecedensowo bogacących się Amerykanów, którzy szukają miejsc do alokacji kapitału i maksymalizacji swoich zysków. Model biznesowy technologicznych korporacji, opierający się na multimiardowych umowach z największymi podmiotami rynkowymi i korzystaniu z danych i reklam, nie potrzebuje już dobrze prosperującej klasy średniej dla własnego sukcesu, jak niegdyś wymagał tego General Electric, Walmart, Taco Bell czy Delta Airlines.
Zawrotne wzrosty, jakie obserwować można wciąż na amerykańskiej giełdzie — mimo ceł, pogarszania się finansowej kondycji Amerykanów, spekulatywnej natury aktywności inwestycyjnej, politycznych zawirowań czy notorycznych ostrzeżeń o finansowej bańce — niekoniecznie oznaczać więc musi przejaw zaślepienia inwestorów czy bezmyślnego ich optymizmu. Raczej niż jako wyraz niestabilności rynków, uznać to należy za przejaw nowej, dualistycznej natury amerykańskiej gospodarki.
Negatywne uwarunkowania makroekonomiczne nie mają obecnie wpływu na kondycję rynków, gdyż od lat spada ich korelacja z szerszą sytuacją gospodarczą. Obawy o bańkę finansową i bezzasadny wzrost kwot inwestowanych w AI nie zatrzymują przepływów kapitałowych ku amerykańskim rynkom ze względu na fakt, iż brak obecnie po prostu lepszych miejsc do alokacji bezprecedensowo wysokich poziomów kapitału, który na przestrzeni dekad, w rezultacie finansjalizacji, deregulacji i neoliberalnej legislacji, zgromadziły elity biznesowe.
W rezultacie tradycyjny związek między kondycją gospodarstw domowych a kondycją rynków finansowych został zerwany. Giełda funkcjonuje dziś jako system autonomiczny, karmiony koncentracją kapitału i inwestycjami korporacyjnymi, a nie szeroką konsumpcją. Dopóki to się nie zmieni, rozwarstwienie będzie rosnąć, a rynki mogą ignorować realną gospodarkę znacznie dłużej, niż wskazywałaby ortodoksyjna teoria.
Czy doświadczymy finalnie załamania na giełdzie? Prędzej czy później, z pewnością; spekulacyjny pierwiastek obecnej hossy jest niekwestionowalny. Czy stanie się to w najbliższym czasie? Nie jest to wcale przesądzone. Czynniki strukturalne fundamentalnie zmieniły kształt i naturę amerykańskiej gospodarki; tradycyjne sposoby jej postrzegania i analizy niekoniecznie pasują już do nowej rzeczywistości. Polityka luzowania ilościowego, monopolizacja rynków, wzrost nierówności finansowych i bezprecedensowe umocnienie się pozycji finansowej elity — porównywalne jedynie z epoką baronów-rozbójników czy złotych lat 20. — czynią z giełdy przedmiot samobogacenia i finansowej spekulacji najbogatszych Amerykanów raczej niż realne odbicie makroekonomicznej sytuacji kraju. Obecny szał inwestycyjny i pozornie deliryczny poziom zwrotów nie stanowi aberracji czy jednorazowej anomalii; jest to raczej obraz nowej, podzielonej Ameryki.
Bibliografia:
[1] Avery, D., Sloan, B. Late credit card payments have hit a record high: Here’s how to tackle outstanding debt, CNBC Select, 21.10.2025, dost. 01.11.2025
[2] Egan, M., Isidore, C. A significant group of Americans are falling behind on their car payments – an economic warning sign, CNN Business, 22.10.2025, dost. 01.11.2025
[3] Lichtenberg, N. Without data centers, GDP growth was 0.1% in the first half of 2025, Harvard economist says, Fortune, 07.10.2025, dost. 01.11.2025
[4] Lichtenberg, N. 75% of gains, 80% of profits, 90% of capex-Al’s grip on the S&P is total and Morgan Stanley’s top analyst is very concerned, Fortune, 07.10.2025, dost. 01.11.2025
[5] Federal Reserve Board, Distribution of Household Wealth, dost. 01.11.2025
[6] Gelles, D. Człowiek, który zniszczył kapitalizm, Prześwity, Warszawa, 2023
[7] Hyot, S., Whitcher, S., Zandi, M. Estimates of Personal Savings, Personal Outlays and Excess Savings by Demographic Group, Moody’s Analytics, March 2025, dost. 01.11.2025
[8] Lewis, M. Wielki Szort, Sonia Draga, Katowice, 2016
[9] Mazzucato, M. The Value of Everything: Making and Taking in the Global Economy, Penguin Books, London, 2019
[10] Sor, J. The wealthiest 10% of Americans own 93% of stocks even with market participation at a record high, Yahoo Finance, 11.01.2024, dost. 01.11.2025
[11] Tepper, J. The Myth of Capitalism: Monopolies and the Death of Competition, John Wiley & Sons, New Jersey, 2019
[12] Thompson, D. This Is How the Al Bubble Will Pop, Derek Thompson Substack, 2.10.2025, dost. 01.11.2025
[13] Turchin, P. Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej, Prześwity, Warszawa, 2024