Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 351.
Wydrukuj tę stronę
14 listopad 2018

Stulecie polskiej dyplomacji europejskiej

Wywiad z Markiem Prawdą, Dyrektorem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w  Polsce, a także byłym ambasadorem RP w Szwecji i Niemczech oraz Stałym Przedstawicielem RP przy Unii Europejskiej

Jan Pabisiak: Panie Dyrektorze, dziękuję za Pańską zgodę na udział w roli eksperta w tym wywiadzie. Na  początek chciałbym spytać Pana, jako doświadczonego dyplomatę i urzędnika, jakie znaczenie miała dyplomacja dla budowy niepodległego Państwa Polskiego i jego pozycji na arenie europejskiej?

Marek Prawda:W dawnej Polsce było takie powiedzenie: "Jak chcesz coś zrobić dla Twojego kraju, to musisz się bić z geografią". Opisywano w ten sposób fatalizm polskiego położenia, życie w przeciągu geopolitycznym, brak dobrego wyjścia. Myślę, że to powiedzenie dobrze oddaje wyzwanie, przed jakim stanęła wtedy polska dyplomacja.

Z jednej strony była ona ważnym składnikiem przełomu, który dokonywał się po pierwszej wojnie światowej. Polska stała się całkowicie niepodległym państwem.  Odbudowywała granice i scalała ziemie trzech zaborów, łączyła bardzo zróżnicowane grupy społeczne i etniczne.  Były to podstawowe zadania elit, które się tworzyłyi które mogą być ze swego dorobku naprawdę dumne. Równocześnie trzeba było opowiedzieć światu o nas w taki sposób, żeby ten proces mógł być stabilny, żeby uzyskał międzynarodowe wsparcie. Żeby ważni gracze uznali, że Polska zasługuje na niepodległość i zrobi z niej dobry użytek.  Ktoś musiał na przykład skutecznie wpłynąć na Francuzów, żeby udzielali nam wówczas pośredniego, ale niezwykle istotnego wsparcia. Nie  zapominajmy, że Polska musiała toczyć samotne walki o ugruntowanie swej państwowości i że były one skuteczne. Nasiprzeciwnicy byli wtedy podzieleni, działali osobno, co trzeba było szybko wykorzystać, i tak  się stało w dużej mierze za sprawą dyplomacji, autorytetu i wagi głosu wielu wybitnych postaci.

Z drugiej strony cały okres międzywojnia to czas zmagania się z zagrożeniami zewnętrznymi. Moskwa i Berlin wzmacniały się stopniowo i wysuwały wobec nas roszczenia terytorialne. Rosja Sowiecka zaczęła marzyć o  światowej rewolucji proletariackiej a Niemcy o Tysiącletniej Rzeszy. Dyplomacja musiała funkcjonować w  niesprzyjającej konfiguracji geopolitycznej, nie było ucieczki od "bicia się z geografią".  Pomysł powołania federacji państw między Polską a Rosją nie powiódł się. Polityka równego dystansu wobec Moskwy i Berlinapokazywała swoje ograniczenia i pułapki. Wykorzystywanie niemieckich działań do zajęcia Zaolzia i stawiania ultimatum Litwie było działaniem niegodnym. Ale jednocześnie Polska odrzuciła ofertę współudziału z  hitlerowskimi Niemcami w ekspansji na Wschód. Zabiegi polskiej dyplomacji o urealnienie sojuszu wojskowego z Francją nie były tym razem nieskuteczne. Przed II wojną światową przygotowanie kraju okazało się niedostateczne, a obietnice sojuszników nierealne. Polska znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Czy  polska dyplomacja mogła wtedy zrobić cokolwiek, żeby odwrócić bieg wydarzeń? Prawdopodobnie był on w ówczesnej sytuacji nieuchronny.

Jan Pabisiak: Jakie analogie i różnice widzi Pan w działaniach polskiej dyplomacji po 1989 roku?

Marek Prawda: To też był czas geopolitycznego szczęścia, okna możliwości, wprowadzania wolnej Polski na  scenę polityki międzynarodowej. Przy czym uzyskaliśmy swego rodzaju "nadwyżkę znaczenia" jako kraj, który dzięki ruchowi Solidarność w dużym stopniu przyczynił się do zjednoczenia Europy. Polska dyplomacja miała silny mandat do apelowania o europejską solidarność, do upominania się o rozszerzenie struktur międzynarodowych, politycznych i gospodarczych. Dyplomacja III RP mogła podjąć się zadania przełamania historycznego fatalizmu naszego położenia geograficznego, potencjał zagrożenia przekształcić w szansę. Zamiast "bić się z geografią", mogła z nią wreszcie współpracować. Myślę, że mitem założycielskim polskiej dyplomacji po 1989 roku było to, że odnaleźliśmy wspólnotę losów z sąsiadami i resztą kontynentu. Mam w  tej kwestii bardzo osobiste wnioski.

Pamiętam, jak latem 1989 roku, jako współpracownicy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”opiekowaliśmy się Warszawie uciekinierami z byłej NRD. Polska po czerwcowych, częściowo już wolnych wyborach, próbowała tworzyć pierwszy w regionie niekomunistyczny rząd. Ożywiło to protesty w innych krajach rządzonych jeszcze przez komunistów. Niemcy z byłej NRD zaczęli masowo uciekać przez Węgry lub  Czechosłowację do Austrii. Ale z czasem zamknięto tamte granice, więc przyjeżdżali od końca sierpnia już  do Polski – było to w sumie ok. 6 tysięcy osób - żeby przez prawie już wolną Polskę dostać się do Niemiec Zachodnich. Przed desygnowanym ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim oraz tworzonym rządem stanął dylemat: jak spełnić humanitarny obowiązek wobec uchodźców, ale jednocześnie nie  zaprzepaścić szansy dla regionu? Każdy nieodpowiedzialny ruch mógł sprowokować Moskwę do  zawrócenia z drogi stopniowych reform i pozbawić nie tylko nas, ale i sąsiadów szans na demokratyzację. Niektórzy przywódcy państw bloku wschodniego apelowali o zbrojne wkroczenie do Polski  i "udzielenie jej braterskiej pomocy dla ratowania komunizmu". To nie były żarty.

Zetknęliśmy się wtedy w Warszawie z uciekinierami, ludźmi z sąsiedniego kraju, którzy mieli marzenie o życiu w wolnym i demokratycznym społeczeństwie. Ich marzenie było częścią naszego. I tylko razem mogliśmy je  spełnić. Jaki nam się uda, to im też. Tak wtedy rozumiałem "Europę". A cała historia uciekinierów znalazła szczęśliwy koniec, wynegocjowano możliwość przewiezienia ich pociągami do RFN. A niebawem, w  listopadzie 1989 roku, upadł Mur Berliński.

Z tej wspólnoty losu, dyplomacja wywiodła koncepcję polsko-niemieckiej wspólnoty interesów.Niemcy zainteresowane były utrzymaniem zjednoczenia i zawdzięczali je w dużej mierze Polsce, a Polska - godząc się na zjednoczenie - chciała mieć pewność, że nowe Niemcy nie będą zagrożeniem dla nikogo, a my także wstąpimy do struktur UE i NATO, bo tylko będąc w tych samych strukturach, Polacy i Niemcy, przyczyniąsię do stabilizacji w regionie. Wierzyliśmy, że pomoże to pokonać fatalizm, który wisiał nad  II  Rzeczpospolitą, kiedy należało układać się z Niemcami przeciw Rosji lub z Rosją przeciw Niemcom. Rok 1989 otworzył nowe możliwości przed polską polityką zagraniczną i jej dyplomacją.

Jan Pabisiak: Powiedział Pan, że udało nam się osłabić zagrożenie płynące z naszego położenia, m.in.  dzięki wejściu do struktur euroatlantyckich. Czy jednak nie jest to powrót do formatu układania się z  kimś przeciw trzeciej sile, w tym przypadku przeciw naszemu wschodniemu sąsiadowi?

Marek Prawda: Żyjemy w świecie współzależności opartym na sojuszach międzynarodowych. Struktury takie jak UE nie są skierowane przeciw nikomu, ich celem jest takie zorganizowanie współpracy  we wszystkich możliwych dziedzinach, żeby nikt nie miał interesu we wzniecaniu konfliktów. NATO początkowo było sojuszem obronnym wobec zdefiniowanych i niezdefiniowanych, ale możliwych zagrożeń. Dzisiaj sojusze nie  określają siebie poprzez ustalenie wspólnego wroga, lecz są raczej próbą wyciągania wniosków z całej historii świata. Pokazuje ona, że nie ma stabilnych rozwiązań, kiedy państwa organizują się wokół mocarstw regionalnych i arena międzynarodowa jest polem wyłącznie dla umów bilateralnych i, w gruncie rzeczy, jakiejś wersji koncertu mocarstw. Setki lat doświadczeń dowiodły, że zawsze kończy się to tak samo i  ludzkość nauczyła się grupować w nieagresywnych sojuszach, żeby maksymalnie zmniejszać ryzyko konfliktów i wojen, ale także by być przygotowanym na wypadek agresji zewnętrznej. Zupełnie nie odbierałbym Sojuszu Północnoatlantyckiego jako wyraz złych zamiarów pod jakimkolwiek adresem. Polska po 1989 roku miała jedno wielkie marzenie o przystąpieniu do Unii Europejskiej, równolegle staraliśmy się o wejście do sojuszu wojskowego. Uważaliśmy, jak wszyscy,  że wzrost poziomu bezpieczeństwa to niezbędny warunek stabilizacji politycznej i gospodarczej. Polska żyła przez stulecia w  przeciągu między Wschodem a Zachodem, czyli nigdzie, a nikt nie chce mieszkać "nigdzie". W  tym sensie przystąpienie do UE, a także do NATO (w przyszłym roku będziemy świętować odpowiednio 15. i 20. rocznicę akcesji), to jest historyczna zdobycz Polski, ponieważ dała nam coś, czego w całej swej historii Polska w tym stopniu nie miała. Bezpieczeństwo i trwałe zakotwiczenie cywilizacyjne.

Jan Pabisiak: Co sądzi Pan o roli polskich dyplomatów w instytucjach unijnych? Czy Polaków jest w  Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych za mało? Z czym nasz wpływ na dyplomację europejską jest związany?

Marek Prawda: Polska od początku działania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych miała kilku ambasadorów i wielu dyplomatów w unijnych placówkach zagranicznych. Jest ich jednak stanowczo zbyt mało jak na nasze możliwości i ambicje. Nie jest tajemnicą, że stosunkowo mało Polaków ubiega się o pracę w instytucjach unijnych, było to zawsze wyzwaniem. Na pewno stan obecny nas nie zadowala, ale rola polskich dyplomatów w UE to także skuteczność w promowaniu i realizacji naszych propozycji, jak na przykład Partnerstwa Wschodniego czy wspieranie starań Ukrainy o zbliżenie z UE w ostatnich dziesięcioleciach. To są bardzo mierzalne efekty polskiej działalności, uważam , że w ten sposób należy oceniać polską obecność i wpływ na to, co się dzieje na linii UE - reszta świata. W końcu polityka wschodnia UE, tak często krytykowana, to ta "geograficzna" polityka unijna, w której powstało najwięcej instrumentów i  stosunkowo najwięcej środków było przez wiele lat przeznaczanych przez UE, żeby wspierać transformację polityczną i gospodarczą w regionie. Tu rola Polski była zasadnicza.

Kiedy byłem ambasadorem w Szwecji w latach 2001-2005, zaproponowaliśmy organizację forum wzorowanego na przedakcesyjnej platformie współpracy Polska-Niemcy, aby wspólnie ze Sztokholmem wspierać naszych wschodnich sąsiadów, którzy w  przewidywalnym czasie pozostaną poza Unią. By  nie  stawiać nowych barier. Polska na początku stulecia stanęła przed dylematem,  żeby przez wstąpienie do UE nie tworzyć nowego problemu, ale ułatwić w przyszłości wejście do Wspólnoty nowych państw. Początkowo nie nazywaliśmy tego Partnerstwem Wschodnim, ale kiedy nowy mur poakcesyjny musiał powstać, miał on na szczęście sporo „dziur". Nieprzyjęte do 2004 roku państwa nie powinny były czuć się odrzucone. Sami wiemy najlepiej, co to znaczy, być oddzielonym od Europy przez wiele lat. Gdybym miał krótko sformułować cele polskiej dyplomacji względem sąsiadów, zacytowałbym ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza, którego pytaliśmy, co możemy teraz dla nich, jako narodu ukraińskiego, zrobić? Odpowiedział: "Specjalnie nic, powiedzcie tylko tym na Zachodzie, że my też istniejemy.” Polska dyplomacja przez wiele lat tego się trzymała, przypominając wszystkim, że nasi sąsiedzi też mają europejskie marzenia i  że czasem znajdują się w  dramatycznych sytuacjach właśnie przez to, że bronią naszych europejskich wartości. Ich poświęcenie jeszcze bardziej wzmacnia nasze wzajemne zobowiązania.

Jan Pabisiak: Czy można, Pana zdaniem, znaleźć złoty środek pomiędzy opiniami mówiącymi o uległości naszej dyplomacji a pomysłami na daleko idącą izolację od naszych partnerów zagranicznych? Jaki powinien być nasz stosunek do różnych form współpracy międzynarodowej?

Marek Prawda: Polityka zagraniczna nie może być oceniana według kryterium asertywności czy uległości. To  kryteria zastępcze, odwracające uwagę od tego, co naprawdę ważne. Dyplomacja ma być po prostu skuteczna.Kilka lat temu byłem w gronie negocjującym budżet wieloletni dla Polski w  UE. Przygotowywano budżet na okres 2014-2020 i wówczas polski premier, który przyjeżdżał do Brukseli na szczyty Rady Europejskiej, spotykał się najpierw z reprezentantami państw członkowskich, biorców netto, które są  szczególnie zainteresowane polityką spójności i wyrównywaniem różnic. Spotkania te były na prośbę kolegów z innych krajów zawsze zwoływane przez Polskę. Uważano, że to polski premier powinien się potem na Radzie wypowiadać w imieniu tzw. grupy przyjaciół polityki spójności, bo będzie najbardziej wiarygodny i  skuteczny w tej roli. Oceniano, że Polska jest najlepszym przykładem kraju, który wprowadzanie demokracji umiał przełożyć na dobre wyniki gospodarcze. Miała też opinię kraju rozsądnie wydającego środki unijne. Uważano, że ma tytuł do postawienia się bogatszym.

Reputację i siłę głosu Polsce dawało nie to, że tupała nogą i opowiadała, że jest "asertywna", tylko to, że  dbając o własne interesy, realizowała ważny cel unijny, pilnowała, żeby nie dochodziło do podziałów. Jak  się robi coś istotnego dla wspólnoty, to dużo łatwiej realizuje się także interesy własne. W  budżecie,  który był ogólnie mniejszy niż w poprzednim rozdaniu o 40 mld euro, Polska otrzymała o  4,5  mld więcej. Nie miało to nic do rzeczy z asertywnością bądź uległością, lecz wyłącznie z tym, że było się wśród tych, którzy budowali, a nie psuli. Bo głównie to się liczy.

Przed 2013 r. ważne było, żeby zawierać mocne koalicje i argumentować, że budżet siedmioletni ma być budżetem konwergencji oraz premiowania tych, którzy z sensem wydają pieniądze – które to zresztą nam niesłychanie pomogło. Jak Pan wie, zaczęły się właśnie negocjacje nad budżetem na okres 2021-2027 i  to  będzie prawdziwy test skuteczności dla każdej dyplomacji, czy uzyska wpływ na to, jak rozdzielać pieniądze i  niwelować różnice między biednymi a bogatymi. Już widać jednak, że obecny budżet nie będzie raczej budżetem konwergencji, tylko budżetem "reagowania na sytuacje kryzysowe", wspierania na przykład regionów na południu Europy, które nie doczekały się unijnej solidarności.

Jan Pabisiak: Co sądzi Pan o formatach współpracy regionalnej, w których uczestniczy Polska? Czy osłabiają one, czy raczej dopełniają proces integracji europejskiej?

Marek Prawda: Mogę się odwołać do moich lat brukselskich, kiedy Grupa Wyszehradzka wpisała się w  brukselski pejzaż współpracy regionalnej. Większość państw działa w formatach regionalnych. Zadaniem Brukseli było zachęcanie do pielęgnowania takich formatów, ale tak, żeby wzmacniały one wspólnotę. Zawsze przestrzegano przed koncentrowaniem się na agendzie defensywnej i wyłącznie własnych interesach. Szanse na ich realizację są większe, kiedy kraj stara się rozwiązać problem znaczący dla większości krajów. Nie liczy się to, jak bardzo wydłuża się listę argumentów defensywnych, mówi o tym, "z czym się nie  zgadzamy", lecz to, na ile jest się skutecznym w realizacji celów wspólnych. Wtedy jest łatwiejsze zrealizowanie celów ważnych również dla nas samych. To zasada, która sprawdza się także przy  wspomnianym budżecie. Poza tym formaty regionalne są bardzo dobrym poligonem dla polityków, którzy nie mają doświadczenia w działaniach wielostronnych. Taki format bywa terenem testowania postulatów, a jednocześnie pozyskiwania wsparcia dla nich.

Innym przykładem jest Trójkąt Weimarski. Część mojego pobytu w Brukseli w roli Stałego Przedstawiciela RP przy UE przypadło na kryzys ukraiński. Pamiętam, kiedy przy stole z 28 przedstawicielami państw członkowskich  nie było specjalnego zrozumienia zagrożeń ze wschodu – uważano, że Europa dzieli się na kraje, które mają "urazy" wobec Rosji ze względu na trudną przeszłość  oraz takie, które mają w  tej  sprawie "poglądy". Rozwiązaniem problemu miałoby więc być uspokojenie tych, którzy maja urazy.Zawsze trudno było nam przeforsować jakąś wspólną deklarację na rzecz wspierania Ukrainy.

Ale to się powoli zaczęło zmieniać, kiedy zajął się tym TrójkątWeimarski. W gronie trzech ambasadorów zaczęliśmy przekonywać resztę, że nie chodzi tu o "obsesje", lecz obiektywne zagrożenie dla architektury pokoju w Europie. Do dzisiaj nie jesteśmy całkiem zadowoleni ze stanu relacji UE ze wschodnimi sąsiadami, ale  nie  ma już w UE przynajmniej podziału na tych z "urazami"i  tych z "poglądami" - jest pewien wspólny mianownik, element zrozumienia zagrożeń, które mogą powstać, jeśli dopuścimy do odrodzenia imperializmu na  Wschodzie.

Jan Pabisiak: Na koniec chciałbym dowiedzieć się, co myśli Pan o przyszłości polskiej dyplomacji w Europie i  co uważa Pan za ważne dla naszego korpusu dyplomatycznego, jeśli chodzi o współpracę z naszymi sojusznikami na kontynencie europejskim.

Marek Prawda: Ja myślę, że dla Polski bardzo ważne jest kontynuowanie tej linii "współpracy z  geografią", to znaczy wykorzystywania atutów położenia, utrzymywania dobrych stosunków z  najważniejszymi partnerami europejskimi. To bardzo wzmocniło szanse polskiej gospodarki, pozwoliło mówić mocniejszym głosem i teraz, kiedy Europa sama znalazła się na zakręcie, gdy ustala się nowy budżet wieloletni, gdy toczą się dyskusje na temat przyszłości Unii, to jest właśnie czas na zdobywanie sojuszników, a nie stwarzanie problemów.

Polska nie powinna pozwalać sobie na utratę wsparcia kluczowych partnerów. Powinna też unikać ryzyka Europy wielu prędkości, bo to oznaczałoby odcięcie od wpływu iśrodków. Powinniśmy uczestniczyć w  kluczowych dla Europy politykach, bo jeśli dla całej Wspólnoty jakieś kierunki są ważne, to nie może tam brakować Polski. Potrzebujemy także realizmu w opowieści europejskiej, jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Unia jest najskuteczniejszą ochroną dla nas i naszych firm na rynku globalnym.

Nie potrzebujemy tkliwej utopii o UE, lecz przekonujących argumentów o tym, że to właśnie ona może nas ochronić przed ciemnymi stronami globalizacji. Unia nie jest może rajem dla ziemi, ale jest w miarę bezpiecznym miejscem w niespokojnych czasach. Dzisiaj, kiedy Brytyjczycy wychodzą z UE, warto sobie uświadomić, że przystąpienie Polski do Unii Europejskiej było zakotwiczeniem się Polski w świecie zachodnich wartości, instytucji i regułfunkcjonowania. Robię tu aluzję do wypowiedzi, które odsuwają Polskę od UE lub umniejszają znaczenie naszego członkostwa. Ryzyko związane zwystąpieniem Polski z Unii jest większe niż w przypadku Wielkiej Brytanii, ponieważ nie mamy innej gwarancji trwałości naszego wyboru cywilizacyjnego.

Wejście do UE to nie jest końcowy punkt dziejów, ostateczny cel. Potrzebna jest nam nasza własna opowieść o Europie, o tym, czego od niej chcemy i co możemy jej dać, opowieść o "stawaniu się" polskiego społeczeństwa europejskiego. Kiedy mówimy o stuleciu polskiej dyplomacji, to automatycznie myślimy o  czasach zamierzchłych, a przecież ostatnie 15 lat to być może najlepszy okres tego stulecia. Jakoś dziwnie nam to umyka. Powinniśmy umieć ten czas członkostwa w UE docenić. To okres dokonań, które  zawdzięczamysami sobie, warto uczynić je elementem nowoczesnej wspólnotowościpolskiej. Nie ma  sensu, żeby to umniejszać, nikt nie powinien tego Polakom odbierać. Pozwoliłoby nam to stworzyć coś, co nazywam nowoczesnością własną, oraz odrzucić typowy dla nas kompleks„importowania cudzych wzorców". Tak więc te 15 lat, które są absolutnie sprawczym wysiłkiem naszych obywateli, powinno być budulcem nowoczesności z polską twarzą, ukształtowanej przez nas,której  nie musimy się wstydzić, którą w  dużej mierze zawdzięczamy Unii Europejskiej. Choćby z tego powodu nie  powinniśmy się wyzbywać miejsca w jej rdzeniu.

Jan Pabisiak: Bardzo dziękuję, że znalazł Pan czas na wystąpienie w wywiadzie dla Forum Młodych Dyplomatów z okazji Ogólnopolskiego Tygodnia Dyplomacji. Z pewnością przyczyni się on do zwiększenia zainteresowania młodych ludzi tematyką integracji europejskiej i współpracy Polski z zagranicą.