Wydrukuj tę stronę
10 styczeń 2017

Stany Zjednoczone Wściekłej Ameryki

Minione 2 tygodnie były w Stanach Zjednoczonych kluczowymi dniami dla trwającej już rok kampanii wyborczej przed nadchodzącymi 8. Listopada wyborami prezydenckimi – Partia Republikańska w Cleveland, OH, a Partia Demokratyczna w Filadelfii, PA, oficjalnie nominowały swoich kandydatów do decydującej batalii o Biały Dom podczas Narodowych Konwencji, czyli wielkiego, odbywającego się raz na cztery lata Zjazdu przedstawicieli partii we wszystkich stanach i terytoriach USA. Konwencja to jednak nie tylko koronacja triumfatora prawyborów, ale też okazja do aktualizacji partyjnego programu i wizji kraju, a także do przedstawienia jej w najlepszy możliwy sposób na scenie wielkiej hali sportowej, na co dzień będącej domem dla jednego z koszykarskich klubów ligi NBA. Jak zatem poradziły sobie największe partie?

Przede wszystkim, zaznaczyć warto zupełnie odmienne nastroje po prawyborczej zawierusze – republikańscy wyborcy, mając do wyboru rekordową liczbę 17 kandydatów, zdecydowali postawić się na Donalda Trumpa – nowojorskiego miliardera działającego na rynku nieruchomości, znanego już na całym świecie ze swoich kontrowersyjnych, prostych rozwiązań na skomplikowane problemy polityki międzynarodowej i ekonomii. Jednak kluczowe jest również to, iż światopogląd Donalda Trumpa znacząco różni się od wizji dominującej w GOP (Great Old Party, popularne określenie używane w odniesieniu do Partii Republikańskiej) – jest zwolennikiem dawania kobietom wyboru jeśli chodzi o aborcję, sprzeciwiał się dyskryminacji osób transseksualnych w niedawnej dyskusji nt. legislacji w Północnej Karolinie, jest za zwiększeniem kontroli dostępu do broni. Połączenie politycznego populizmu i wizji świata odbiegającej od rdzennego republikanina spowodowała bunt wśród prominentnych działaczy partii. Z tego powodu na Konwencji dało się odczuć napięcie i konflikty – delegaci z Teksasu domagali się tajnego głosowania, aby rzutem na taśmę uniemożliwić Trumpowi nominację, byli republikańscy prezydenci czy republikański gubernator Ohio nie pojawili się w ogóle, natomiast największy rywal Trumpa w wyścigu o nominację, Ted Cruz, wystąpił, ale nie poparł partyjnego kandydata, za co został wygwizdany. Wygląda więc na to, że republikańscy dygnitarze nie pogodzili się jeszcze z myślą, iż ich elektorat się zmienia – miejsce bogatych biznesmenów, ambitnych przedsiębiorców i ultrakonserwatywnych religijnych południowców zajmują ludzie po obu stronach politycznego spectrum, którzy czują się ignorowani przez obecny system polityczny, oszukani przez panującą wersję kapitalizmu i rozwścieczeni z powodu wieloletniego instrumentalnego traktowania przez władze na każdym szczeblu. Po porażce kandydatury Mitta Romneya w 2012 roku jeden z jego sztabowców skonkludował, iż „przed następnymi wyborami musimy zmobilizować większą liczbę białych Amerykanów rozczarowanych obecną administracją”. Prawdopodobnie nie spodziewał się, iż osiągnięcie tego celu będzie wiązało się z kandydaturą Donalda Trumpa i jego postulatami.

W Partii Demokratycznej nastroje są zgoła odmienne – kandydatką na prezydenta została Hillary Clinton, była Pierwsza Dama, senator z Nowego Jorku i sekretarz stanu w 1. Kadencji Baracka Obamy. Osoba uosabiająca wszystkie zalety i wady establishmentu Partii Demokratycznej. Konwencja zaczęła się dla Demokratów źle – Wikileaks ujawniło tysiące maili Krajowego Zarządu Partii, z których wyczytać można, w jaki sposób zarząd wpływał na wynik prawyborów i medialną narrację w taki sposób, aby zdyskredytować Berniego Sandersa i zapewnić nominację Hillary Clinton. Partia zdołała jednak okazać jedność, a przemówienia prezydentów Billa Clintona i Baracka Obamy zebrały najwyższe oceny także wśród ludzi zwykle sceptycznie nastawionych do amerykańskiej centrolewicy. Nawet przełomowy fakt, iż Hillary Clinton jest pierwszą kobietą w historii nominowaną przez jedną z 2 największych partii na stanowisko Prezydenta, nie wzbudził ekscytacji amerykańskich mediów czy komentatorów – wszyscy uważni obserwatorzy amerykańskiej sceny politycznej spodziewali się tego już w 2008 roku.

Tuż przed ogólnokrajowym zjazdem swoich partii kandydaci na prezydenta wybrali swoich running mate – kandydatów na wiceprezydenta. Donald Trump wybrał Mike’a Pence’a – gubernatora Indiany, który jest dla nowojorskiego biznesmena nadzieją na pozyskanie poparcia tradycyjnego republikańskiego elektoratu. Pence to postać typowego polityka konserwatywnego w USA – religijny, proizraelski zwolennik wolnego rynku i obniżania podatków. Sam siebie określa „Reaganowskim republikaninem”, mówi, że jest „katolikiem, Amerykaninem i republikaninem, w tej kolejności”. W latach 2001 – 2013 był członkiem Izby Reprezentantów, w 2012 roku wygrał wybory na gubernatora Indiany. Popiera skrajnie prawicowy, wewnątrz republikański ruch The Tea Party, który w obecnych wyborach poparł kampanię Donalda Trumpa. Hillary Clinton natomiast zdecydowała się na Tima Kaine’a – byłego gubernatora Wirginii, obecnie senatora. W tym przypadku poglądy kandydata na wiceprezydenta są bliskie tym reprezentowanym przez Clinton, choć warto podkreślić głęboką religijność Kaine’a, która każe mu sprzeciwiać się aborcji czy fakt posiadania przez niego broni. W czasu studiów wyjechał do Hondurasu, aby w ramach Jezuickiego Programu Wolontariatu pomagać w prowadzeniu szkoły katolickiej. Z tego wyjazdu, oprócz misji szerzenia sprawiedliwości społecznej, kandydat Demokratów na wiceprezydenta przywiózł także umiejętność posługiwania się językiem hiszpańskim. To prawdopodobnie ta umiejętność, wobec niechęci Trumpa do Meksykanów, była ważnym czynnikiem przemawiającym za Kainem jako kandydatem Hillary na wiceprezydenta. szerzenia sprawiedliwości społeczenj,osta

Zakończenie konwencji oznacza otwarcie oficjalnej kampanii wyborczej o zajęcie fotela w Gabinecie Owalnym w Białym Domu. W obecnym ogólnoświatowym klimacie politycznym amerykańska polityka nie jest wyjątkiem – tu również dochodzi do batalii doświadczonego polityka z politycznym nowicjuszem. Przedstawiciela establishmentu z osobą spoza politycznego świata oferującego zbawienie skrzywdzonego społeczeństwa. Optymistycznej wizji teraźniejszości i przyszłości z katastroficznym obrazem teraźniejszości, zmuszającym do podjęcia radykalnych kroków w celu uchronienia kraju od zagłady. Której wizji Amerykanie przyznają rację? Kto lepiej przekona Amerykanów, że następny krok ich narodu powinien dokonać się z nimi na jego czele? Odpowiedź przyniesie jesienny wieczór 8 listopada, do tego czasu czeka nas niezwykle interesująca kampania.

 Marcel Lesik